|
Stwórca i ewolucja stworzenia bp A. Siemieniewski
FRONDA 2011
Za zgodą wydawnictwa publikujemy jeden z rozdziałów.
 |
W swojej nowej książce bp Andrzej Siemieniewski proponuje spotkanie wierzących czytelników Księgi Rodzaju z rozwijającymi się naukami przyrodniczymi. Ma to być wędrówka wstecz poprzez wieki historii. Podróż w czasie zaczyna się od współczesności, szuka inspiracji w czasach Karola Darwina i jego bestsellerze z 1859 roku O pochodzeniu gatunków, by sprawdzić, jak wierzący chrześcijanie rzeczywiście odbierali jego teorię. Następnie zatrzymuje się w średniowieczu przy Mikołaju z Kuzy, doktorach Kościoła katolickiego: św. Bonawenturze i św. Tomaszu z Akwinu, spoglądając na biblijne opisy stworzenia ich oczyma.
Książka ukazuje katolicką tradycję łączenia ewolucji - oznaczającej według etymologii łacińskiej wszelki rozwój (evolutio) w przyrodzie - z szacowną kościelną lekturą Biblii. W dalszej części stawia nawet nieco żartobliwe pytanie, czy św. Augustyn i św. Bazyli zasługują na miano starożytnych ewolucjonistów. Pod koniec intelektualna wędrówka dochodzi do początków chrześcijaństwa. Okazuje się, że obserwowanie rozwoju stworzonej przez Boga natury prowadzi prosto do jej Stworzyciela. W oczach wielkich ludzi Kościoła przyroda przypomina księgę napisaną przez Boga, która uzupełnia się z księgą Pisma Świętego - obie zatem są potrzebne, aby zrozumieć Boży zamysł wobec człowieka.
A zatem zarówno ścieżka nauki, będąca tematem poprzedniej książki, jak i ścieżka szeroko rozumianej ewolucji prowadzą badacza przyrody do Boga Stwórcy
|
I.2. Teologia Karola Darwina
Obchody w 2009 roku 200. rocznicy urodzin Karola Darwina stały się okazją do przeprowadzenie niezliczonych dyskusji i konferencji, do napisania setek książek i artykułów na temat relacji między biologicznym ewolucjonizmem a chrześcijaństwem. Najczęściej podejmowano ten temat z tradycyjnej perspektywy: inspiracją było głównie spojrzenie na Karola Darwina z zewnątrz; interesowano się na przykład reakcjami katolików na nowo powstałą myśl ewolucjonistyczną.
Temat tego rozdziału, Teologia Karola Darwina, sygnalizuje wyjście od innego punktu widzenia, mianowicie z samego wnętrza jego dzieła. Oczywiście Darwin nie był teologiem; był przyrodnikiem. Mówienie więc o teologii Darwina jest nieco prowokacyjne. Ale jednak pragniemy pójść tym właśnie tropem. Poszukamy natchnienia w samym tekście głównego dzieła twórcy teorii ewolucji, czyli w książce O pochodzeniu gatunków[1]. A konkretniej w dwóch cytatach umieszczonych tuż przed stroną tytułową w pierwszym wydaniu z 24 listopada 1859 roku. Rzecz ciekawa, oba umieszczone tam cytaty miały wyraźnie religijny charakter. I oba są niezmiernie interesujące dla katolickiego teologa.
Przy dzisiejszym stanie rozgorączkowania umysłów na samo wspomnienie Darwina w kontekście katolicyzmu – lub też na wzmiankę o Kościele w kontekście ewolucjonizmu – wielu czytelników wykazuje szczere zdziwienie, kiedy dowiaduje się, że w pierwotnym wydaniu fundamentalnego dzieła Darwina w dwóch pierwszych zdaniach znalazł się przymiotnik „boski” (divine) oraz określenie „teologia” (divinity), a słowo „Bóg” (God) pojawia się nawet dwa razy. A skoro tak się sprawy mają, przystąpmy do lektury.
a. Niespodziewane cytaty
Pierwszy ze wspomnianych cytatów pochodził z dzieła Williama Whewella (1794-1866), wydanego w ramach Traktatów z Bridgewater. Nazwa tych traktatów wzięła się stąd, że o ich wydanie zatroszczył się w swoim testamencie zmarły w 1829 roku angielski arystokrata, Francis Henry, hrabia Bridgewater. Hrabia zalecił przed śmiercią, aby pozostawiona przez niego kwota 8000 funtów posłużyła do sfinansowania prac na temat, jak to ujął, „potęgi, mądrości i dobroci Bożej przejawionej w akcie stworzenia”. W tamtych czasach była to ogromna suma, nic więc dziwnego, że prace postępowały nadzwyczaj sprawnie pod patronatem anglikańskich duchownych: arcybiskupa Canterbury i biskupa Londynu. Szybko zaczęło powstawać osiem takich dzieł, pośród nich właśnie książka Williama Whewella O astronomii i fizyce ogólnej[2]. To właśnie stamtąd Darwin zaczerpnął pierwsze motto wprowadzające czytelnika w jego fundamentalne dzieło. Zapoznajmy się z tym urywkiem, który w 1859 roku przygotowywał pierwszych czytelników Darwina do lektury jego przełomowej pracy O powstawaniu gatunków:
„W zakresie świata materialnego […] spostrzegamy, że wydarzenia są powodowane nie tyle przez odosobnione interwencje Bożej mocy wpływające na każdy przypadek oddzielnie, ale raczej przez ustanowienie ogólnych praw przyrody”[3].
Jaki jest sens tego zdania? Jest ono wskazówką dla chrześcijańskiego przyrodnika, i to wskazówką teologiczną. Przy naukowym poszukiwaniu przyczyn czy to jakiegoś wydarzenia, czy to ogólniejszego procesu w przyrodzie nie powinno się zakładać cudu, który Bóg miałby zdziałać osobno w każdym niewytłumaczonym jeszcze przypadku. Uwaga przyrodnika winna się raczej kierować na znalezienie przyrodniczego prawa wyjaśniającego zarówno ten przypadek, jak i wiele innych. Będzie to prawo ustalające przebieg zdarzeń w świecie przyrody.
Równie intrygujący dla teologa jest następny tekst umieszczony zaraz potem jako drugie motto całej księgi Darwina wyjaśniającej jego teorię ewolucji. Jest to tekst o wiele starszy, powstał ponad dwieście lat wcześniej, a jego autorem jest również Brytyjczyk, Francis Bacon (1561-1626). W roku 1605 wydał on dzieło dedykowane królowi angielskiemu Jakubowi, zatytułowane O postępie nauk. Tam właśnie znalazły się myśli, które tak zainspirowały jego rodaka Darwina, że ten umieścił je na początku swego epokowego dzieła:
„Niech nikt nie mniema ani nie utrzymuje – czy to z powodu fałszywej pokory, czy też źle pojmowanej skromności – że można zajść za daleko w studiach nad księgą Bożych słów albo nad księgą Bożych dzieł, a więc w teologii lub przyrodoznawstwie (divinity or philosophy). Ale raczej niech ludzie nie ustają w wysiłkach i w pogłębianiu biegłości w obu tych dziedzinach”[4].
Sensem tego z kolei tekstu jest zwrócenie uwagi na paralelizm między Biblią a naturą: jedna i druga jest księgą. Pismo Święte jest nią w sensie dosłownym: zawiera przecież spisane słowa Objawienia Bożego. Przyroda zaś jest księgą w sensie przenośnym: naturę trzeba dopiero odcyfrować, aby dowiedzieć się, jakie myśli Boże zostały w niej zawarte. A metodą jej odczytywania są nauki przyrodnicze. Francis Bacon twierdzi więc wyraźnie, że chrześcijanin o otwartym umyśle będzie śmiało czerpać z jednej i z drugiej księgi, odkrywając w Biblii Boży plan zbawienia, a w przyrodzie – Boży plan stworzenia. Nie pozostaje teraz nam nic innego, jak dokonać głębszej refleksji nad tymi teologicznymi tekstami podsuniętymi czytelnikom sto pięćdziesiąt lat temu przez samego Darwina.
b. Jak biolog z zegarmistrzem
Pierwsze motto otwierające księgę O pochodzeniu gatunków stawia przed nami zagadnienie przyczynowości w przyrodzie. Dlaczego coś się wydarzyło? Jaka była przyczyna zaistnienia faktu? „Wydarzenia powodowane są nie tyle przez odosobnione interwencje Bożej mocy, co raczej przez ustanowienie ogólnych praw przyrody”. Wynika z tego, że poszukiwanie śladów działania Boga w przyrodzie jest bardziej skomplikowane, niż wydaje się to niektórym pochopnym apologetom chrześcijaństwa.
Aby lepiej zrozumieć powody Darwina, dlaczego akurat takimi słowami postanowił wprowadzić czytelnika w lekturę teorii ewolucji, trzeba ujrzeć je na tle historycznym. Istotnym wkładem w teologiczne spojrzenie na najnowsze zdobycze nauk przyrodniczych była wtedy popularyzatorska praca Williama Paleya Teologia naturalna.
Pisarz ów na pięćdziesiąt lat przed powstaniem teorii Darwina traktował złożoność żywych organizmów jako dowód na istnienie Boskiego Stworzyciela życia na ziemi. Posługiwał się analogią do zegarmistrza: Jeśli ktoś znajdzie żywy organizm, niech zapyta, kto go stworzył. Kto jest Stwórcą? Gdy ktoś odkrywa, jak skomplikowane jest oko bądź kości ręki – domyśla się istnienia Stwórcy, podobnie jak każdy po zapoznaniu się ze złożonością mechanizmu zegarka zaczyna pytać o nazwisko zegarmistrza. Dziś patrzymy na te argumenty z pozycji wyższości zdobytej przez minione dwieście lat wiedzy. Ale na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku były jak najbardziej racjonalną odpowiedzią teologa na dynamicznie rozwijającą się podówczas biologię.
Nawiasem mówiąc, nie znaczy to bynajmniej, by po dwóch wiekach, jakie minęły od twórczości Paleya, problemy te były jedynie abstrakcyjne i nie miały żadnego związku z duszpasterską praktyką. Przecież kiedy w roku 2005 kardynał Christoph Schönborn ogłosił w gazecie „New York Times” swój artykuł polemizujący z ateistyczną wykładnią teorii ewolucji, od razu odezwały się głosy, że Kościół odrzuca wyniki badań naukowych. Kardynał Schönborn pisał wtedy, że nie istnieje ewolucja w sensie neodarwinowskim[5]. Kiedy do tego wszystkiego użył jeszcze słowa „projekt” (design), które w USA często kojarzone jest z tzw. teorią inteligentnego projektu (intelligent design), powszechnie zrozumiano to jako podpisanie się kardynała pod taką właśnie wykładnią chrześcijańskiej wizji ewolucji: w historii form życia na ziemi znajdujemy przypadki tak skomplikowane, że do ich wyjaśnienia niezbędny jest cud. I to właśnie miałby być dowód na istnienie Boga i Jego stwórczą moc.
Skąd biorą się tego typu nieporozumienia związane z wystąpieniem kard. Schönborna? W naszym współczesnym świecie, uformowanym przez mentalność technicznej jednoznaczności oraz inżynieryjnej skuteczności, słowo „projekt” skojarzyło się czytelnikom z bakterią tak skomplikowaną lub zwierzęcą tkanką o takim stopniu złożoności, że chrześcijanin, nie umiejąc znaleźć naukowego wyjaśnienia jej powstania, miałby – jako naukowiec – rozłożyć bezradnie ręce i powiedzieć, że tylko cud może być tu wyjaśnieniem. Odwołując się do obrazów „argumentu zegarmistrza”: biologowie mieliby często znajdować na plaży tak skomplikowane zegarki, że stając bezradni, musieliby wołać: bez interwencji Boskiego Zegarmistrza nie sposób tego wyjaśnić.
Tymczasem w ustach katolickiego duchownego uformowanego na klasycznej filozofii słowo „projekt” (design) oznacza coś innego niż dla inżyniera: projekt to „przyczyna formalna i przyczyna celowa bytów przyrodniczych”, które to przyczyny są z nauk przyrodniczych „metodycznie wykluczone z powodu redukcjonistycznej wizji natury”[6]. Powodem tego wykluczenia jest po prostu istota nauk przyrodniczych.
Argument kardynała miał więc charakter filozoficzny, odwołujący się do zdolności umysłu ludzkiego w jego dostrzeganiu rozumności przyrody, czyli takiego jej uporządkowania, że rozum człowieka może przyrodę zrozumieć, opisać jej prawa i ująć je w formuły, na przykład matematyczne. Argument ów przypominał, że jakkolwiek nowoczesne naukowe przyrodoznawstwo jest cenne, to jest tylko jednostronnym opisem świata, metodycznie zredukowanego do tego, co da się zmierzyć. A „badanie rzeczywistości metodami redukcyjnymi prowadzi do niekompletnej wiedzy”: na przykład typowo ludzkich zagadnień, takich jak wolność, dobro, piękno, prawda, nie da się zbadać w ten sposób. Wzywając więc neodarwinistów do metafizycznej powściągliwości, Ch. Schönborn jak oczywistość przyjmuje, że taki darwinizm (rezygnujący z rozstrzygania o istnieniu Boga, o celowości w przyrodzie i o Bożym planie dla stworzenia) dałoby się pogodzić z katolickim nauczaniem o przyrodzie[7]. Pod jednym wszakże warunkiem: że nie przyjmie się bezrefleksyjnie ewolucjonizmu jako filozofii rozstrzygającej wszelkie problemy współczesnego świata.
Powróćmy jednak do Darwina i do pierwszego cytatu otwierającego O powstawaniu gatunków: „Wydarzenia powodowane są nie tyle przez odosobnione interwencje Bożej mocy, co raczej przez ustanowienie ogólnych praw przyrody”. Na czym praktycznie ma polegać zależność wydarzeń od Boga, na przykład w historii rozwoju życia na ziemi? Jeśli nie na nieustannych cudownych interwencjach – to na czym?
Jeśli zatem, obrazowo mówiąc, łańcuch przyczyn kolejnych wydarzeń nie wymaga wstawiania co pewien czas cudownego ogniwa Bożego, jeśli jest on ciągiem naturalnych wydarzeń, to na czym polega jego zależność od Boga? Może na tym, że łańcuch ewolucyjnych przyczyn jest jakby zaczepiony u Bożego tronu przynajmniej za pomocą pierwszego nadprzyrodzonego ogniwa?
Dla ułatwienia sobie odpowiedzi na te pytania odwołamy się do dwóch porównań: księgi i budowli.
Czytanie księgi natury
Wyobraźmy sobie naukowy zespół badający metodami przyrodniczymi zawartość znalezionego przez przypadek pliku zapisanych ręcznie kartek z napisem Pan Tadeusz na okładce. Zespół techniczny ustala, że znaleziona księga składa się z kart pokrytych linijkami małych czarnych znaków. Ekipa chemików odkrywa, że znaczki powstały przez nanoszenie wodnego roztworu barwnika, a fizycy odtworzyli wygląd narzędzia, zwanego piórem, które mogłoby dozować ów roztwór, tak by powstała ciemna i wąska linia.
Specjaliści w zakresie medycyny dowiedli, jakie ruchy prawej ręki były potrzebne, by ludzka dłoń mogła się takim instrumentem posłużyć, a badający po nich sprawę neurolodzy zbadali, jaki sygnał nerwowy był przy tym niezbędny, aby połączyć mięśnie ręki z ośrodkiem ruchu w mózgu. Porównanie z dostępnymi badaniami centralnego układu nerwowego pozwoliło dokładnie określić, jakie zmiany ładunków elektrycznych w neuronach mogły spowodować niezbędny bodziec nerwowy. Udało się nawet ustalić, jak przebiega w neuronach modulacja napięcia i jakie molekuły biorą w tym udział. Elektronik opisał, jaka konfiguracja atomów wodoru, tlenu i węgla sprzyja koniecznemu przy tym procesowi fizycznemu. Badacz cząstek elementarnych podał wzór wyjaśniający tego typu zagadnienia, a na koniec wystąpił matematyk, tłumacząc, dlaczego podstawowe cegiełki materii zachowują się w taki właśnie sposób.
Chociaż wszystkie te badania mogą być ciekawe i pouczające (a można by ich opis jeszcze znacznie przedłużyć), to czy taką metodą da się ustalić przyczynę i cel powstania tomu zatytułowanego Pan Tadeusz? Czy na końcu coraz bardziej wnikliwych badań przyrodniczych odkryjemy przyczynę tkwiącą w autorze tego dzieła i skutek, jaki zamierzał wywołać u czytelnika? Czy da się to zrobić bez odwołania do przyczyn niematerialnych, takich jak ludzka wolna wola pisarza i celowy zamiar artysty?
Przyrodnik badający leżący przed sobą egzemplarz książki nigdy nie wyjdzie poza niekończący się łańcuch materialnych przyczyn i skutków. I słusznie: skoro jest przyrodnikiem, do tego typu badań będzie ograniczony. Jednak cały ten łańcuch zaczyna się od decyzji woli i celowego zamiaru Adama Mickiewicza. Całość tego łańcucha zależy od trwającej i podtrzymującej dzieło woli artysty. Nie jest to bynajmniej odwołanie się do cudu wskutek ograniczonych na razie możliwości nauk przyrodniczych. Jest to zupełnie racjonalne spostrzeżenie, że w tym przypadku redukcjonizm fizykalno-chemiczny to za mało, by całościowo zbadać dzieło sztuki.
Kto chce badać dzieło poety od strony prawdziwie ludzkiej, musi posłużyć się metodą inną niż tylko przyrodnicza; musi odwołać się do tego, co nie jest ograniczone do oddziaływania elementarnych cząstek, atomów, molekuł i impulsów elektrycznych biegnących do mięśni wzdłuż nerwów; musi przejść do czegoś, co przekroczy techniczny problem wytworzenia śladu barwnika na papierowym podłożu.
Podobnie kto chce badać stworzenie od strony prawdziwie teologicznej, musi posłużyć się inną metodą niż jedynie rygorystycznie eksperymentalne badania fizyków, chemików i biologów. W genialnym sformułowaniu św. Augustyna brzmi to tak:
„Gdybyś całe stworzenie tak od początku pojmował, by przypisać jego autorstwo Bogu, byłbyś niczym czytelnik wielkiej księgi natury (magnum librum naturae rerum)”[8].
Kto zbudował świat?
Przejdźmy do drugiego porównania. Wyobraźmy sobie równie liczną i wyspecjalizowaną ekipę badającą, czy prawdą jest, że Bolesław Śmiały rozpoczął budowę romańskiej katedry na Wawelu. Członkowie zespołu badawczego podejmują więc architektoniczne badania pozostałości fundamentów; analizują ocalałe średniowieczne cegły i pozostałości zaprawy; sprawdzają odciski palców w glinie i ewentualne ślady w ziemi obok murów.
Po latach badań ogłaszają, że znaleźli dowody pracy wielu osób przy budowie romańskiej katedry. Mają odciski palców pracowników cegielni, gdyż zachowały się na kilku cegłach. Mają fragmenty odcisków dłoni pomocników murarskich w resztkach zaprawy. Odkryli miejsce, gdzie kierownik budowy spotykał się z pracownikami, wyznaczając im zadania na każdy dzień robót. Niestety, nie ma ani jednego odcisku palców króla Bolesława i nic nie wskazuje na to, aby rozpoczynając budowę, przyniósł chociaż jeden kamień lub aby kiedykolwiek mieszał zaprawę. Nie wydaje się też, by chodząc po rusztowaniach, wskazywał palcem, które rzędy cegieł należy kłaść w kolejnym dniu prac budowlanych. Nie ma też żadnego szkicu sklepienia wykonanego ręką króla. Jest możliwe, że monarcha w ogóle nie pojawił się nigdy na placu budowy. Wobec tego należy sformułować następujący wniosek badań: Bolesław Śmiały nie rozpoczął budowy tej katedry.
Czy taki wniosek byłby poprawny? Czy metoda badań przyrodniczych pozostałości materialnych starej budowli to właściwa metoda sprawdzenia poprawności tezy historycznej? Czy nie należałoby raczej poszukiwać śladów niematerialnego zapoczątkowania tej budowli: woli króla, którą wyraził wobec poddanych; zamiarów władcy i celów, jakie sobie postawił? Łańcuch materialnych wykonawców: od pracowników kamieniołomu aż po kierownika zmiany na rusztowaniach budowy, jest zawieszony u tronu woli monarchy, ale nie w ten sposób, by król miał kłaść pierwsze cegły lub układać pierwsze sklepienie. Nie, całość tego łańcucha zależy od trwającej i podtrzymującej całe dzieło woli króla. Kto chce badać architektoniczne dzieło od strony prawdziwie ludzkiej, musi posłużyć się inną metodą, odwołującą się także do tego, co nie jest ograniczone do rodzaju materiałów, wytrzymałości konstrukcji i śladów stóp pozostawionych przez pracowników.
Wracając teraz od podanych dwóch przykładów do naszego zasadniczego zagadnienia: kto chce badać dzieło stworzenia od strony prawdziwie Bożej, musi ostatecznie wykroczyć poza zainteresowania ograniczone do badania materialnego budulca świata. Istnieje długa linia Tradycji zachęcająca do dwuetapowego badania przyrody: po etapie pierwszym, polegającym na obserwacji cech materii, winien przyjść etap drugi, refleksji nad znaczeniem zdobytej wiedzy przyrodniczej. Linia ta zaczyna się już w Biblii, sformułowana została pierwotnie w Starym Testamencie, w Księdze Mądrości: „Na podstawie potęgi i piękna rzeczy stworzonych można przez podobieństwo dojść do kontemplacji Stwórcy” (Mdr 13,5). Myśl ta znalazła swój dojrzały wyraz u św. Pawła: „To, co można wiedzieć o Bogu, jest dla nich jawne, gdyż Bóg im to objawił. To bowiem, co w Bogu niewidzialne – Jego wiekuista moc oraz boskość – od stworzenia świata staje się widzialne dzięki rozumnemu oglądaniu dzieł Bożych” (Rz 1,19-20).
Ten wątek nauczania św. Pawła był chętnie podejmowany przez wielkich myślicieli chrześcijaństwa. Orygenes (ok. 186-254) pisał:
„I ślepi widzą, kiedy patrząc na świat z wielkości piękna stworzeń, przez podobieństwo poznają ich Stwórcę (Mdr 13,5); kiedy rozpoznają od stworzenia świata niewidzialne przymioty Boga, zrozumiałe dla umysłu dzięki Jego dziełom (por. Rz 1,20), to jest z uwagą na nie patrzą i jasno je rozumieją”[9].
Owi wspomniani przez Orygenesa „ślepi” to nieznający Boga poganie: jednak i oni, jeśli tylko będą się oddawać filozoficznemu namysłowi nad światem poznanym metodą naukową, ujrzą swoim umysłem podstawowe przymioty Boga.
Ten wątek był kontynuowany przez przedstawicieli głównego nurtu teologii patrystycznej. Oto przykład zaczerpnięty z pism św. Grzegorza z Nyssy (ok. 335-394):
„Stwórca wszechrzeczy przysposobił zawczasu jakby siedzibę królewską dla tego, kto miał [nią] władać: stanowią ją ziemia, wyspy, morze i niebo.
Wtedy ukazał się we wszechświecie człowiek – badacz i władca znajdujących się w nim cudów, by używając ich, poznał Tego, który je stworzył, i dzięki pięknu i wielkości rzeczy widzialnych wytropił niewypowiedzianą moc ich Stwórcy”[10].
W oczach św. Grzegorza dzieło stworzenia w pierwszym etapie stanowi przygotowanie domu dla korony ziemskiego stworzenia, dla człowieka. W drugim zaś etapie Bóg wprowadza na świat ludzi, ale nie tylko jako mieszkańców. Człowiek ma też oddawać się naukowemu badaniu budowli świata. Dzięki temu stopniowo dojdzie do pojęcia Architekta kosmicznej budowli, czyli do Stworzyciela.
Wreszcie niezrównany św. Augustyn prowadzi nas na same szczyty tego rodzaju rozumowania: od namysłu nad rzeczywistością materialną do refleksji o Stwórcy całej przyrody: „Widząc to, co możemy, miłujmy Tego, którego widzieć nie możemy; a dzięki tej miłości kiedyś Go ujrzymy”[11]. To oczywiście oddanie poetyckimi słowami głównej myśli św. Pawła z Listu do Rzymian (Rz 1,19-20).
Augustyn, zestawiając kunsztownie słowa, snuje dalej analogię: jak w swoim ziemskim środowisku umiemy docenić rzemieślnika i architekta, tak samo umiejmy docenić Stwórcę całego świata:
„Podziwiając dzieło, chwalmy działającego; podziwiając budowlę, chwalmy budowniczego; podziwiając stworzenie, chwalmy Stworzyciela”.
Zachwycający się pięknem stworzonego świata i jego misterną strukturą poznawalną przez ludzki umysł Augustyn wołał: „Jeśli piękne jest, co stworzył, o ileż piękniejszy jest Ten, który stworzył!”[12].
* * * * *
Rozważyliśmy na razie niektóre logiczne konsekwencje płynące z lektury pierwszego z dwóch cytatów umieszczonych przez Karola Darwina na początku jego epokowego dzieła O powstawaniu gatunków. Słowa brzmiące: „wydarzenia powodowane są nie tyle przez odosobnione interwencje Bożej mocy, co raczej przez ustanowienie ogólnych praw przyrody” można zrozumieć jako zachętę do traktowania przyrody jako księgi zapisanej przez jej Autora, Boga, mocą aktu stworzenia, albo też jako budowli wniesionej przez Bożego Architekta. Jedno i drugie porównanie każe widzieć Boże działanie w świecie znacznie głębiej, niż zachodziłoby to w postaci doraźnych interwencji.
c. Studium księgi Bożych dzieł
Przejdźmy teraz do drugiego tekstu zacytowanego na początku fundamentalnego dzieła Darwina. Przytoczone tam słowa Franciszka Bacona zyskują pełny blask dopiero wtedy, gdy ujrzymy je w jego szerszym kontekście i będziemy pamiętać o pełnym tytule oryginału: Dwie księgi Franciszka Bacona o postępach i pogłębianiu wiedzy Boskiej i ludzkiej[13]. Tuż przed fragmentem przytoczonym przez Darwina znajdujemy bowiem takie oto wprowadzenie:
„Niewielka lub powierzchowna znajomość filozofii może skłaniać umysł ludzki do ateizmu, ale dalsze w niej postępowanie sprowadza umysł z powrotem do religii. Gdy umysł ludzki początkujący w filozofii zwraca uwagę na przyczyny wtórne, które najbliższe są naszym zmysłom, wtedy może zatrzymać się przy nich i zapomnieć o przyczynie najwyższej. Ale gdy człowiek pójdzie dalej i zobaczy zależność przyczyn od dzieła Opatrzności, wtedy – jak mówi alegorycznie poeta – ujrzy, że najwyższe ogniwo łańcucha natury musi tkwić u stóp tronu Jowisza”.
W tym świetle znacznie jaśniejsze stają się następujące bezpośrednio potem słowa cytatu otwierającego dzieło stojące u początku nowej epoki w dziejach nauki, O pochodzeniu gatunków:
„Konkludując zaś: niech nikt nie mniema ani nie utrzymuje – czy to z powodu fałszywej pokory, czy też źle pojmowanej skromności – że można zajść za daleko w studiach nad księgą Bożych słów albo nad księgą Bożych dzieł, a więc w teologii lub przyrodoznawstwie (divinity or philosophy). Ale raczej niech ludzie nie ustają w wysiłkach i w pogłębianiu biegłości w obu tych dziedzinach”.
Ten nieco dłuższy tekst Francisa Bacona warto przeanalizować, gdyż rzuca niezmiernie ważne światło na możliwość porozumienia między dobrze rozumianą teorią ewolucji i osadzoną w katolickiej Tradycji teologią chrześcijańską.
Po pierwsze więc, „niewielka lub powierzchowna znajomość filozofii może skłaniać umysł ludzki do ateizmu”. Słowo „filozofia” należy tu rozumieć szerzej, niż jest to w akademickim zwyczaju dzisiaj, obejmuje ono też to, co nazywano dawniej philosophia naturalis, a więc przyrodoznawstwo wraz z takimi dziedzinami, jak chemia, fizyka, astronomia czy biologia. Czyż Izaak Newton nie nazwał swojego wykładu fizyki Matematycznymi podstawami filozofii naturalnej (Philosophiae naturalis principia mathematica)? Darwin sygnalizuje więc, za siedemnastowiecznym uczonym F. Baconem, że pierwszy kontakt z metodą naukową może zburzyć w kimś religijną pewność. Może tak być również przy wyciąganiu pierwszych wniosków z nowej teorii ewolucji. Ale przecież „dalsze postępowanie” w nauce „sprowadza umysł z powrotem do religii”.
Nie są tu pierwszoplanowym celem wysiłki w sensie gromadzenia szczegółowych wyników ciągle nowych badań naukowych. Owe wysiłki polegają raczej na rozszerzeniu metody naukowej. Dopóki przyrodnik ogranicza się do pytań tylko o fizykalne uwarunkowania eksperymentu albo jedynie o prawa przyrodnicze, które wyjaśniłyby jakiś proces, tak długo pozostaje „umysłem ludzkim początkującym w filozofii” i „zwracającym uwagę na przyczyny wtórne”.
Z całą pewnością odnosi się to w zamyśle Darwina tworzącego O powstawaniu gatunków do teorii wyjaśniającej historię form życia na ziemi. Ponieważ jest to historia rozwoju organizmów od prostszych do bardziej złożonych, a rozwój zwany jest z łaciny evolutio, stąd właśnie określenie „teoria ewolucji”. Dopóki wzrok badacza zwrócony jest tylko na łańcuch przyrodniczych przyczyn i ich skutków w naturze, tak długo „może zatrzymać się przy nich i zapomnieć o przyczynie najwyższej”. Ale jak brzmi kluczowa w tym cytacie myśl: „gdy człowiek zobaczy zależność przyczyn od dzieła Opatrzności, wtedy ujrzy, że najwyższe ogniwo łańcucha” zależy bezpośrednio od woli Bożej.
Cóż to może znaczyć? Na przykład da się na gruncie biologii wyjaśnić, jak ptaki wyewoluowały z gadów, a gady z kolei z ryb, i można ten łańcuch przedłużyć, ale w pewnym momencie – na przykład do wyjaśnienia powstania pierwszej żywej komórki na ziemi – konieczne byłoby odwołanie się do cudu? Trzeba nam będzie wrócić za chwilę do tego zagadnienia, gdyż takie zdefiniowanie zależności łańcucha przyczyn od Stwórcy wydaje się sprzeczne z pierwszym przytoczonym fragmentem autorstwa Williama Whewella: przecież „wydarzenia są powodowane nie tyle przez odosobnione interwencje Bożej mocy wpływające na każdy przypadek oddzielnie, ale raczej przez ustanowienie ogólnych praw przyrody”. Wydaje się, że byłoby to też sprzeczne z zakończeniem myśli u samego Francisa Bacona, który zachęcając, by „ludzie nie ustawali wysiłkach i w pogłębianiu biegłości w obu tych dziedzinach”, a więc w przyrodoznawstwie i w znajomości Biblii, jednocześnie „nieroztropnie nie mieszali ze sobą tych dziedzin”.
Wydaje się więc, że ukryty tu sens jest inny. Bóg jest Autorem wszystkich przyczyn, zarówno pierwotnych, jak i wtórnych. Tak jak od woli Mickiewicza zależy całość powstania Pana Tadeusza (a nie tylko jeden szczególnie trudny do wyjaśnienia element z ciągu wydarzeń składających się na zapisanie kartek); tak jak od woli króla zależy cała historia powstania zamku (a nie tylko kilka wyjątkowo technicznie skomplikowanych elementów budowli); tak samo od stwórczej woli Boga zależy również to wszystko, co nauka wyjaśnia jako ciąg wydarzeń połączonych łańcuchem przyczyn i skutków.
Czy Bóg wydaje się wtedy mniej, czy bardziej potężny? Według naszych współczesnych odczuć odsuwa to nieco Boże działanie na dalszy plan. Ale nie musimy mieć racji. Być może, powinniśmy przyjąć korektę od wielkiego doktora Kościoła, św. Tomasza. On zaś był zupełnie przeciwnego zdania: „Potęga przyczyny jest tym większa, im dalej sięgają jej skutki”[14].
d. O pochodzeniu niektórych gatunków
Dobrą ilustracją tej zasady jest myśl Suareza z jego komentarza do biblijnego opisu dzieła stworzenia. Hiszpański jezuita Francisco Suarez (1548-1617), uważany za największego myśliciela scholastycznego od czasów św. Tomasza z Akwinu, również podejmował temat bezpośrednich interwencji Boga w historię zmienności organizmów biologicznych. Oczywiście brał pod uwagę tylko ten poziom wiedzy, jaki był dostępny za jego czasów. Uciekając się do terminologii Karola Darwina, moglibyśmy rozważane przez niego zagadnienie określić sformułowaniem „o pochodzeniu niektórych gatunków”. Nie wiedziano wtedy przecież, że trwająca setki milionów lat historia życia na ziemi to zmienność wszystkich gatunków. Ale znany był fakt zmienności przynajmniej niektórych z nich: według ówczesnej terminologii dotyczyło to tych zwierząt, które powstają ze skrzyżowania przedstawicieli różnych gatunków. Pewne zwierzęta zaliczono tu słusznie, np. muła. Inne pewnie nie, jak rysia lub leoparda. Istotą nie są tu jednak niedostatki wiedzy zoologicznej sprzed czterystu lat, lecz przyjęta zasada:
„Takie gatunki zwierząt były wystarczająco zawarte w możliwościach tych przedstawicieli różnych gatunków, z których skrzyżowania powstały. Dlatego nie było żadnej konieczności, aby Twórca natury stwarzał je bezpośrednio. Gdyż Bóg stwarza bezpośrednio tylko te istoty, których gatunki nie mogły się znaleźć w świecie natury w żaden inny sposób. Co zaś do tych, które mogą powstać w wyniku przyczyn wtórnych, bardziej nawet wypada, aby powstały właśnie wskutek ich działania. To bardziej przyczynia się do doskonałości wszechświata […]. Należy więc uznać, że Bóg nie stworzył wszystkich gatunków”[15].
Należy też dodać, że Suarez, zgodnie z – błędnymi zresztą – poglądami swojej epoki, bynajmniej nie uważał, że organizmy żywe nie mogą w sposób naturalny wywodzić się nieustannie z materii nieożywionej. O istotach ocenianych przez niego jako niedoskonałe (animalia imperfecta) mówił: „pod wpływem sił nieba powstają z gnijącej materii ziemi i z wody”[16]. Taki pogląd, uważany za naukowy na przykład co do wielu insektów, a nawet myszy, odrzucono ostatecznie dopiero w dziewiętnastym wieku.
Ów szesnastowieczny jezuita dostrzegał tu pełną analogię do powstawania następnych pokoleń zwierząt z pokoleń żyjących poprzednio: Bóg nie musi przecież stwarzać bezpośrednio każdej owcy czy każdego konia, skoro wystarczą siły natury, aby je powołać do życia. Podobnie – jak uważał – ma się sprawa z całymi gatunkami „zwierząt niedoskonałych”:
„Nie było konieczne, aby Bóg stworzył pierwsze egzemplarze gatunków niedoskonałych, ponieważ zawierały się one w sposób wystarczający w innych przyczynach. Dlatego rozmnażają się przez działanie tych przyczyn, a nie przez pochodzenie od poprzedniego pokolenia”[17].
Cóż za zasada wynika z tych tez Suareza? Zapewne można by ją dziś wyrazić następująco: do nauk biologicznych należy ustalanie, czy i w jaki sposób gatunki istot żyjących na ziemi zawierały się potencjalnie w formach życia poprzedzających je gatunków. Jeśli ustali się, że jest to możliwe, to bardziej odpowiada mocy Bożej i doskonałości stworzonego świata, jeśli żywe organizmy wywodzą się jedne z drugich i nie są potrzebne cudowne ingerencje Boga w ten aspekt natury. God of the gaps, czyli Bóg łatający dziury w naszej edukacji, nie jest katolickim ideałem.
e. Z Panem Bogiem od deski do deski
Wróćmy jednak do samej książki Darwina. Zadziwiające słowa o Bogu znajdziemy nie tylko na jej początku. Również jej zakończenie zaskoczy wszystkich, którzy chcieliby jednoznacznie łączyć nazwiska tego wielkiego brytyjskiego biologa z ateizmem[18].
„Według mnie to, co wiemy o prawach nadanych materialnemu światu przez Stwórcę, lepiej zgadza się z powstawaniem i przemijaniem przeszłych i obecnych mieszkańców świata wskutek przyczyn wtórnych, podobnie jak to jest z narodzinami i śmiercią pojedynczych stworzeń. Kiedy widzę wszystkie istoty jako pochodzące w prostej linii od kilku istot, widzę je jako bardziej wzniosłe”[19].
Następujące potem słynne zdanie wieńczące całość dzieła Darwina ma charakter teologicznej kropki nad „i”. Oto ono w pierwotnej wersji pierwszego wydania z roku 1859:
„Wzniosły zaiste jest to pogląd, że Stwórca natchnął życiem kilka form lub jedną tylko i że gdy planeta nasza, podlegając ścisłym prawom ciążenia, dokonywała swych obrotów, z tak prostego początku zdołał się rozwinąć i wciąż się jeszcze rozwija nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu”[20].
Nawiasem mówiąc, to ostatnie zdanie jest jedynym miejscem w całym dziele Darwina, gdzie pojawia się słowo to evolve (dosł. «ewoluować»). Jeszcze ciekawsze, że słowo „ewolucja” w tym pierwszym wydaniu nie pojawiło się ani razu. A najciekawsze, że począwszy od drugiego wydania, w roku 1860 Darwin zmienił bezosobową formę „zostały tchnięte” (having been breathed) na teologicznie jednoznaczną: „tchnięte przez Stwórcę” (having been breathed by the Creator)[21]. W ten nieoczekiwany sposób Osobą otwierającą i zamykającą księgę O pochodzeniu gatunków okazał się Boski Stwórca: „Bóg był na pierwszej stronie O pochodzeniu i na stronie ostatniej”[22].
Bezpośredni świadkowie i towarzysze życia Darwina nie mieli wrażenia, że obcują z ateistą. Byłoby to raczej błędne, skoro sam ów brytyjski uczony tak oto oceniał stan swojej wiary: „w najbardziej nawet skrajnych wahaniach nigdy nie byłem ateistą w sensie zaprzeczenia istnieniu Boga; […] agnostyk – to byłoby najlepsze określenie stanu mojego umysłu”[23].
Darwina uhonorowano pogrzebem w świątobliwych wnętrzach Westminster Abbey, a ksiądz dziekan z Canterbury, Frederick Farrar, powtórzył wtedy raz jeszcze wszem i wobec, że teoria Darwina nie jest żadnym zagrożeniem dla wiary. Mało tego, cytując Biblię, porównał zmarłego Darwina z królem Salomonem, gdyż podobnie jak ów starożytny władca Izraela, tak i słynny przyrodnik z dziewiętnastego wieku „wypowiadał się na temat drzew, poczynając od cedru z Libanu, aż do hizopu rosnącego na murze; dzielił się także wiedzą dotyczącą zwierząt i ptaków, płazów i ryb” (1 Krl 5,13). Nie zabrakło w pogrzebowym kazaniu słowa wdzięczności za to, że „dzieło tego wielkiego męża nauki umożliwiło tak wielu ludziom odczytanie nieodcyfrowanych do tej pory wersetów wielkiej Bożej epopei wszechświata”[24].
f. Chrześcijanie spotykają Darwina
O ewolucji pobożnie
Oczywiście jednak nie trzeba było czekać na śmierć Darwina, aby spotkać się z wyrazami sympatii chrześcijańskich czytelników jego dzieł. Sztandarowym przykładem może tu być współpraca Darwina z wielkim uczonym przyrodnikiem, Asą Grayem (1810-1888)[25]. Gray był najważniejszym dziewiętnastowiecznym botanikiem z Ameryki Północnej i jednocześnie gorliwym chrześcijaninem, protestantem należącym do wyznania prezbiteriańskiego. W ramach swoich zawodowych kompetencji dostarczał Darwinowi wiadomości o amerykańskich roślinach, a potem zorganizował pierwsze wydanie O pochodzeniu gatunków w Stanach Zjednoczonych.
Wydał również zbiór esejów, których treści łatwo się domyślić na podstawie tytułu całości: Darwiniana[26]. Jakże wiele mówi choćby tytuł części trzeciej tego zbioru: Dobór naturalny nie jest sprzeczny z teologią przyrody (Natural Selection not Inconsistent with Natural Theology)! Wnioski Asy Graya były tak jednoznaczne, że Darwin nie miał najmniejszych wątpliwości, gdy pisał na podstawie długich z nim kontaktów: „wydaje się absurdem wątpić w to, że można być zarazem gorliwym teistą i ewolucjonistą: […] świadczy o tym choćby przykład znakomitego botanika, Asy Graya”[27].
Błogosławiona ewolucja
Więcej krasomówczych zdolności wykazał w kwestii teorii ewolucji słynny pastor protestancki, Henry Ward Beecher (1813-1887). Znany był szerokim kręgom społecznym Stanów Zjednoczonych jako duchowny oraz jako działacz społeczny zwalczający niewolnictwo w USA i kaznodzieja; do tego był wydawcą kilku chrześcijańskich czasopism, a nawet autorem biografii Jezusa Chrystusa. Swój entuzjazm dla nowej wówczas teorii ewolucji wyrażał w niedościgniony sposób, i to nie tylko w ramach akademickich dyskusji: temat ten jak najdosłowniej zaniósł na kościelną ambonę. Wydał osiem swoich kazań, w których omawiał wpływ filozofii ewolucyjnej na podstawowe prawdy ewangelicznego chrześcijaństwa. Co ciekawe, w jego ujęciu wpływ ten był zdecydowanie i radykalnie pozytywny.
Przede wszystkim więc nie przeciwstawiał biblijnego opisu stworzenia i naukowych odkryć Darwina – wręcz przeciwnie, uważał, że „powszechny fakt ewolucji przyrody, który jest szeroko przyjętą filozofią naszych czasów, jest teorią Bożej metody stworzenia”.
Ponadto wyznawał: „nie musiałem zmieniać swojego pojęcia o osobie Boga pod wpływem nowego światła na Jego sposób działania; witałem raczej filozofię ewolucji z radością”. Zgodnie z najlepszymi wzorami chrześcijańskiej Tradycji potraktował nowo odkryte prawo przyrody jako regularny sposób Bożego działania: „to prawo przyrody przyjmuję, stosuję je – i Bogu za to dzięki!”[28].
Beecher nie czuł się w najmniejszej mierze zakłopotany pojawieniem się ewolucjonizmu. Wydawał się raczej zainspirowany nową teorią naukową i podbudowany w swoim ewangelicznym chrześcijaństwie: „Nie wątpię, że pomoże ona… – nie! Już pomaga prawdzie religijnej, tak jak została ustalona w życiu i nauczaniu Jezusa Chrystusa! Jest to nowa i potężna pomoc, w pełni zgodna z innymi oczywistymi działaniami Bożej Opatrzności na tym Bożym świecie[29].
Henry Ward Beecher z entuzjazmem łączył najnowsze zdobycze ewolucjonizmu biologicznego z orędziem chrześcijańskim i już we wstępie do swego dzieła zapowiadał przegląd pozytywnego wpływu teorii ewolucji na chrześcijańską wiarę. Według niego w świetle ewolucjonizmu lepiej można zrozumieć takie pojęcia, jak Boża natura, grzeszność człowieka czy natchnienie Biblii lub Opatrzność Boża: „pokażę, jakie światło pada na te wielkie prawdy z owego pomocnego poglądu o metodach działania Boga”[30].
Ewolucja to oczywiście ateizm!
Nie oznacza to, że teoria ewolucji była przyjęta przez wszystkich amerykańskich chrześcijan z otwartymi ramionami. Nie, jej recepcja była bardzo zróżnicowana i nie zabrakło także zagorzałych przeciwników nowej nauki, którą czasem postrzegano jako zasadniczo i nieodwołalnie sprzeczną z wiarą chrześcijańską. Jako przykład tego nurtu można podać amerykańskiego konsula w Sztokholmie, a jednocześnie duchownego, autora książek i zarazem profesora greki i łaciny, Benjamina Franklina Teffta (1813-1885). W swoim fundamentalnym dziele Ewolucja i chrześcijaństwo[31] pisał całkiem jednoznacznie o sobie samym:
„Autor traktuje rzecz niezmiernie poważnie: postrzega ewolucję jako zasadniczo przewrotną. […] Jak dąb zawiera się w żołędzi, tak mówi się, że jakiś kosmiczny zarodek miałby zawierać w sobie przestrzenie gwiezdne i wszystkie żyjące istoty, zwierzęta i rośliny, a więc wszystko, co składa się na wszechświat: a to oczywiście jest ateizm”[32].
Fundamentalizm nie całkiem fundamentalistyczny
Tuż przed pierwszą wojną światową zaczęła się realizacja wielkiego projektu wydawniczego. W 1909 roku dwaj zamożni protestanci, przywiązani do tradycyjnej interpretacji Pisma Świętego, postanowili sfinansować serię wydawniczą, mającą na celu uzasadnienie poglądów biblijnych. Tak powstały słynne broszury The Fundamentals[33], a więc Fundamenty. Setki tysięcy egzemplarzy rozesłano do pastorów, misjonarzy i nauczycieli szkół niedzielnych. Od tego tytułu bierze swój początek określenie fundamentalizm: najpierw fundamentalizm biblijny, a potem – przez rozszerzenie – fundamentalizm religijny. Obyci jesteśmy z dzisiejszym użyciem tego słowa: w Polsce funkcjonuje właściwie jako epitet. Kiedy więc słyszymy o „fundamentalistycznym rozumieniu opisu stworzenia z Księgi Rodzaju”, jesteśmy pewni, że chodzić będzie o przekonanie, iż Bóg stworzył świat kilka tysięcy lat temu w ciągu sześciu dni i że nie ma to nic wspólnego z naukowym pojęciem ewolucji. Czy jednak na pewno mamy rację?
To prawda, że proboszcz kościoła Objawienia Pańskiego z Toronto, pastor Dyson Hague, pisze zdecydowanie: „człowiek został stworzony, nie wyewoluował: został bezpośrednio i wprost, gotowy, stworzony przez Boga”. Temu autorowi sprzeczne z Biblią wydawało się nie tylko materialistyczne ujęcie ewolucji, ale także to, co nazwał teorią teistyczno-nadnaturalistyczną. Chociaż – trzeba przyznać – nie przeciwstawiał Biblii nauce. Przytaczał opinie znanych mu przyrodników, którzy informowali go o braku naukowych dowodów na ewolucję gatunków[34].
Podobnie wypowiadał się pastor Henry H. Beach w artykule o Zmierzchu darwinizmu[35]. Wbrew całej Tradycji chrześcijańskiej, od starożytności począwszy poprzez średniowiecze i aż po znakomitych autorów nowożytnych, Beach stwierdził śmiało: „nie można polegać na Biblii, kiedy uczy, «jak dostać się do nieba», jeśli myli nas w sprawach, «jak poruszają się nieba», a więc co do pochodzenia, natury i przeznaczenia zwierząt oraz ludzi”. To sformułowanie nawet wyraźnie przeczy wprost znanej maksymie kardynała Cesare Baronio (1538-1607): „Duch Święty pragnął nas nauczyć, jaka jest droga do nieba, a nie jakie są drogi niebios (come si vadia al cielo, e non come vadia il cielo)”[36].
Ale nie wszystkie opinie fundamentalistów brzmią równie jednoznacznie. James Orr, sprawiający wrażenie wyraźnie lepiej oczytanego w tej problematyce, dostrzega potrzebę niuansów w interpretowaniu Księgi Rodzaju:
„Biblia nie zostałaprzecież dana po to, aby uprzedzać odkrycia nowożytnej nauki dwudziestego wieku albo ją blokować. Każdy uważny czytelnik Biblii zawsze dostrzegał, że opisuje ona świat takim, jakim się wydaje, a nie jak widzą go oczy specjalistów dwudziestego wieku. Opisuje świat tak, jak widziały go oczy pierwotnego człowieka (original men), i używa do tego celu codziennego języka”[37].
W pierwszym tomie owej podstawowej encyklopedii fundamentalistów James Orr uprzedza możliwe obiekcje swojego protestanckiego czytelnika, że wprowadza jakieś nowinki nieznane dawniejszym czasom: „Nie myśl, że taka szersza interpretacja jest jakąś nową spekulacją”. Jakkolwiek by nas to dzisiaj zaskakiwało, to Orr podaje pierwotnym fundamentalistom przykłady zaczerpnięte z Tradycji Kościoła: ze św. Augustyna i św. Tomasza. W sprawie sześciu dni stworzenia „Augustyn pisał, że nie sposób powiedzieć, co mają oznaczać te dni, a w średniowieczu Tomasz z Akwinu zostawił to jako kwestię otwartą”.
Oczywiście nie wszystkie kolejne uwagi J. Orra wydadzą nam się trafne. Ale przecież pisał sto lat temu! Ważny jest kierunek interpretacyjny, jaki proponuje chrześcijańskim fundamentalistom: w Księdze Rodzaju „nie stosuje się języka współczesnej nauki”, a „pochodzenie człowieka można wyjaśnić tylko przez bezpośredni akt Bożego działania, chociaż mogły się do tego przyczynić jakieś podrzędne czynniki ewolucji”.
Święty i stoicki spokój katolicki
Pora na powrót od protestantów do katolików, którzy przecież też na swój sposób przeżywali spotkanie z nową ówcześnie teorią ewolucji. Od samego początku wierzący katolicy nie tyle odrzucali teorię Darwina, co raczej interpretowali ją jako ewolucję teistyczną, a więc jako zamierzony przez Boga proces i jako Jego sposób działania w świecie. Wielkie zasługi położył tu wspomniany już angielski biolog St. George Jackson Mivart oraz francuski paleontolog Albert Gaudry. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku zorganizowano nawet serię międzynarodowych kongresów katolickich propagujących zgodność teorii ewolucji z chrześcijaństwem. Publikowano też w tym duchu na łamach takich ważnych czasopism, jak „Revue des Questions Scientifiques” oraz „Annales de Philosophie Chrètienne”[38].
Jednym z ważnych autorów francuskojęzycznych był Henry Dorlodot, ksiądz, teolog i geolog zarazem, działający na katolickim uniwersytecie w belgijskim Louvain[39]. W roku 1918 opublikował książkę Darwinizm z punktu widzenia ortodoksji katolickiej (Le darwinisme au point de vue de l’orthodoxie catholique), w której przedstawiał wizję integracji teorii ewolucji z katolicyzmem w postaci ewolucjonizmu teistycznego.
Przez cały ten czas – a nie zmieniło się to do naszych czasów – teoria ewolucji nie wywoływała wśród najwyższych pasterzy Kościoła katolickiego specjalnych emocji. Dało się to zauważyć już od samego początku debat o ewolucji. Kiedy pięć lat po książce Darwina O pochodzeniu gatunków papież Pius XI wydał w roku 1864 Syllabus errorum, a więc swój słynny spis najważniejszych błędów rozpowszechnionych w społeczeństwie a zagrażających wierze, o biologicznym ewolucjonizmie nie znalazła się tam nawet najmniejsza wzmianka. Nie inaczej było i później:
„Z okresu między rokiem 1902 a 1950 praktycznie nic nie wiadomo o postawie Rzymu wobec ewolucjonizmu. […] Papieska Komisja Biblijna ustanowiona w roku 1902 przez papieża Leona XIII dla strzeżenia prawowierności interpretacji Biblii […] opublikowała w roku 1909 dekret na temat początkowych rozdziałów Księgi Rodzaju. Jednak znowu teoria ewolucji nie została tam nawet bezpośrednio wspomniana”[40].
A w roku 1950 papież Pius XII wydał encyklikę Humani generis, w której potwierdził ten trwający już od prawie sto lat kierunek katolickiej refleksji: stwierdził, że nie ma sprzeczności między ewolucją a nauką wiary o człowieku i jego powołaniu (nr 29).
Wypada nam zakończyć zgrabną formułą Johna Polkinghorne’a. Ten profesor fizyki matematycznej z Cambridge, który przyczynił się między innymi do odkrycia kwarków, został duchownym anglikańskim w wieku pięćdziesięciu dwóch lat. Może więc służyć jako modelowy autorytet w dziedzinie dialogu nauki i wiary: dialog ten prowadzi z powodzeniem we własnym sercu. Oto jak Polkinghorne podsumował propagandowy styl przedstawiania rzekomego nieuniknionego konfliktu między naukami ścisłymi i wiarą chrześcijańską:
„Przyjęcie, jakie zgotowali poglądom Darwina zaraz po publikacji O pochodzeniu gatunków tacy chrześcijańscy myśliciele, jak Asa Gray w Ameryce Północnej i Charles Kingsley oraz Frederick Temple w Wielkiej Brytanii, jasno pokazuje, że popularny mit o nieuniknionej sprzeczności między religią z nauką po roku 1859 jest wypaczeniem prawdy przez historycznych ignorantów”[41].
Ufne podchodzenie do nowych prądów w naukach przyrodniczych, że zapewne da się je uzgodnić z teologią chrześcijańską, to zresztą stara dobra nauka katolicka. Nawet szerzej: jest to nauka wszystkich wielkich religijnych umysłów niezależnie nawet od rodzaju wyznawanej religii. Z nauki św. Tomasza, idącego tu śladami muzułmanina Awicenny (980-1037), wynika jasno, że nie może być konfliktu pomiędzy twierdzeniami nauk przyrodniczych a pojęciem stworzenia, gdyż nauki przyrodnicze mają za swój przedmiot świat rzeczy zmiennych, a teologia mówi o tym, co pochodzi od niezmiennego Boga. Akt stworzenia jest Bożym dziełem i nie jest dostępny badaniom nauk przyrodniczych, gdyż „stwarzanie nie jest zmianą (creatio non est mutatio)”[42].
[1] Ch. Darwin, On the Origin of Species by Means of Natural Selection, or the Preservation of Favoured Races in the Struggle for Life , wyd. 1, London 1859.
2 W. Whewell, Astronomy and General Physics Considered with Reference to Natural Theology (Bridgewater Treatise), Cambridge 1833; por. J. van Wyhe, The Bridgewater Treatises On the Power Wisdom and Goodness of God as Manifested in the Creation.
[3] „But with regard to the material world, we can at least go so far as this – we can perceive that events are brought about not by insulated interpositions of Divine power, exerted in each particular case, but by the establishment of general laws”, Ch. Darwin, On the Origin of Species, dz. cyt., s. ii. W książce Whewella w wydaniu londyńskim z 1839 r. słowa te znajdują się w rozdz. VIII, s. 356.
[4] „To conclude, therefore, let no man out of a weak conceit of sobriety, or an ill-applied moderation, think or maintain, that a man can search too far or be too well studied in the book of God’s word, or in the book of God’s works; divinity or philosophy; but rather let men endeavour an endless progress or proficience in both”, Ch. Darwin, On the Origin of Species, dz. cyt., s. ii. Zdanie to znajduje się też w książce: F. Bacon, The Advencement of Learning, I, 3.
[5] Ch. Schönborn, Finding Design in Nature, art. cyt.
[6] Tenże, The Designs of Science, art. cyt.
[8] Św. Augustyn, Contra Faustum manichaeum libri triginta tres, XXXII, 20; por. P. Harrison, The Bible and the Emergence of Modern Science, „Science and Christian Belief” 18 (2006) nr 2; tenże, Miracles, Early Modern Science, and Rational Religion, „ Church History” 75 (2006).
[9] Orygenes, Komentarz do Ewangelii według św. Mateusza, Kraków 1998, s. 104.
[10] Św. Grzegorz z Nyssy, O stworzeniu człowieka, Kraków 2006, s. 55.
[11] „Ut videntes quae possumus, amemus quem videre non possumus, ut ipsius amoris merito aliquando videre possimus”, Ps 103,1, św. Augustyn, Objaśnienia Psalmów, Warszawa 1986.
[12] „De operibus laudemus operantem, de conditis Conditorem, de creatura Creatorem”; „si pulchra sunt quae fecit, quanto pulchrior est qui fecit”, Ps 148,15, tamże.
[13] F. Bacon, The TVVOO Bookes. Of the Proficience and Aduancement of Learning, Diuine and Humane (The Advencement of Learning).
[14] Św.Tomasz, Summa contra gentiles, III, 77, 3.
[15] „[…] quia hujusmodi species animalium sufficienter continebantur potentialiter in illis individuis diversarum specierum ex quorum commixtione generantur: et ideo non fuit necessarium aliqua eorum individua ab auctore naturae immediate produci. Nam Deus ea tantum immediate produxit, quae non nisi per ipsius actionem in rerum natura introduci poterant quoad species suas, nam Cartera, quae per causas secundas produci poterant, convenientius fuit per illas fieri, et hoc ipsum magis ad perfectionem universi pertinent […] Constat autem non fecisse Deum omnes species rerum”, F. Suarez, De opere sex dierum, II, 10, 12, Paryż 1856, s. 163-164.
[16] „[…] per influentiam coelorum ex putrida materia terrae aut aqua generari solent”, tamże, II, 10, 10, s. 163.
[17] „[…] in his imperfectis necessarium non fuit prima individua immediate a Deo produci, quia in aliis causis sufficienter continebantur in potentia, et per illorum actionem, et non per propriam successionem unius ab alio erunt propaganda”, tamże, II, 10, 11.
[18] Por. T.Dixon, America’s Difficulty with Darwin,„History Today” 59 (2009) nr 2, s. 22-28.
[19] „[…] when I view all beings not as special creations, but as the lineal descendants of some few beings […], they seem to me to become ennobled”, Ch.Darwin, On the Origin of Species, dz. cyt., s. 488-489.
[20] „There is grandeur in this view of life, with its several powers, having been originally breathed into a few forms or into one; and that, whilst this planet has gone cycling on according to the fixed law of gravity, from so simple a beginning endless forms most beautiful and most wonderful have been, and are being, evolved”, tamże, s. 490 (wyd. polskie: O powstawaniu gatunków, tłum. Sz. Dickstein, J. Nusbaum, Warszawa 2006, s. 451).
[21] Ch.Darwin, On the Origin of Species wyd. 2, London 1860, s. 490.
[22] T.Dixon, America’s Difficulty with Darwin, art. cyt.
[23] „I have never been an atheist”; „an agnostic would be the most correct description of my state of mind”, Ch. Darwin, list do J. Fordyce’a z 7 V 1879 r.
[24] T.Dixon, America’s Difficulty With Darwin, art. cyt.
[25] Por. S. G. Miles, Charles Darwin and Asa Gray Discuss Teleology and Design, „Perspectives on Science & Christian Faith” 53 (2001), s. 196-201.
[26] A.Gray, Darwiniana; Essays and Reviews Pertaining to Darwinism, New York 1876.
[27] Ch. Darwin, list do J. Fordyce’a z 7 V 1879 r.
[28] H.W. Beecher, Evolution and Religion, cz. 1: Eight Sermons, Discussing the Bearings of the Evolutionary Philosophy on the Fundamental Doctrines of Evangelical Christianity, New York 1885, s. 3.
[31] B.F. Tefft, Evolution and Christianity or an Answer to the Development Infidelity of Modern Times, Boston 1885.
[32] „This, of course, is atheism”, tamże, s. VIII.
[33] The Fundamentals: A Testimony to the Truth(Baker Books 1993, reprint wydania The Bible Institute of Los Angeles 1917).
[34] D. Hague, The Doctrinal Value of the First Chapters of Genesis, The Fundamentals, t. 1, rozdz. XIV.
[35] H.H. Beach, Decadence of Darwinism, The Fundamentals, t. 4, rozdz. V.
[36] Galileo Galilei, Lettera a Cristina di Lorena, Genova 2000, s. 17.
[37] J. Orr,The Early Narratives of Genesis, The Fundamentals, t. 1, rozdz. XI.
[38] Por. R. De Bont, Rome and Theistic Evolutionism…, art. cyt., s. 460.
[39] Por. tamże, s. 457-478.
[41] „[…] a historically ignorant distortion of the truth”, J. Polkinghorne, Scripture and an Evolving Creation, „Science and Christian Belief” 21 (2009) nr 2, s. 163.
[42] Św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, I, q. 45, a. 2; por. W.E. Carroll, Creation and Science in the Middle Ages, „New Blackfriars” 88 (2007) nr 1018, s. 678-689.
|