K a t o l i c k i   S e r w i s   A p o l o g e t y c z n y
Start DYSKUSJE Z CHRZEŚCIJAŃSKIMI POGLĄDAMI Problemy charyzmatyczne ZBIÓR ARTYKUŁÓW O PROBLEMACH CHARYZMATYCZNYCH ZWIEDZENIE Z TORONTO

Menu główne
Start
Przewodnik po serwisie
POBIERALNIA
- - - - - - -
V SESJA APOLOGETYCZNA - Charyzmaty w Pismach Ojców Kościoła
- - - - - - -
NAUCZANIE KOŚCIOŁA
- - - - - - -
DOGMATYKA
- - - - - - -
ODNOWA KOŚCIOŁA
- - - - - - -
DYSKUSJE Z CHRZEŚCIJAŃSKIMI POGLĄDAMI
- - - - - - -
GORĄCE POLEMIKI
- - - - - - -
INNE POLEMIKI
- - - - - - -
Słowo wśród nas
- - - - - - -
F O R U M
Blog
- - - - - - -
Najnowsze artykuły
O nas
Wieści
- - - - - - -
Linki
Napisz do nas
Szukaj
ZWIEDZENIE Z TORONTO PDF Drukuj Email
Wpisany przez Paul Gowdy   
poniedziałek, 04 lutego 2008 10:34
Redakcja Apologetyki zdecydowała się na zamieszczenie tego tekstu, aby dać okazję do refleksji wspólnotom katolickim, które często fascynowały się fenomenem "błogosławieństwa z Toronto".

Więcej na temat tego zjawiska: Toronto: czy na pewno błogosławieństwo?

Zwiedzenie z Toronto
(napisał Paul Gowdy, były pastor zboru Vineyard w Toronto)

Minęło dziewięć lat, zanim zdecydowałem się opisać tę historię. Po części dlatego, że nie czułem się do końca przekonany, iż czymś właściwym jest publicznie wytykać słabości Ciała Chrystusa. Inny powód zwłoki to fakt, że musiałem poświęcić wiele lat na rozmyślania i badanie swoich motywacji, aby nabrać przeświadczenia, że to, co działo się w TACF (Toronto Airport Christian Fellowship – Chrześcijańska Społeczność Lotniska w Toronto) rzeczywiście było w całości złe, a przynajmniej że było w tym więcej zła niż dobra.

Przez minione lata zwykłem nazywać to doświadczenie mieszanym błogosławieństwem. Zdaje się, że James A. Beverly określił je tak w swojej książce Holy Laughter and the Toronto Blessing (Święty śmiech i błogosławieństwo z Toronto, 1994). Dziś nazwałbym je raczej mieszanym przekleństwem, jako że nad wszelkim dobrem wynikającym z tego doświadczenia przeważa szkoda i szatańskie zwiedzenie. To stąd właśnie brał się mój dylemat. Próbowałem wieść życie w bojaźni Pana, a Jezus powiedział nam, że bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu – przypisywanie szatanowi tego, co w rzeczywistości jest dziełem Bożym – jest grzechem, który nie będzie odpuszczony. Gdybym musiał zdecydować, czy „błogosławieństwo z Toronto” to sprawa wyłącznie Boża czy wyłącznie diabelska, wciąż bym się wahał, ale jestem przekonany, że szatan użył tego doświadczenia, aby zaślepić ludzi na Bożą naukę, przeszkodzić im w przynoszeniu owoców godnych nawrócenia oraz w rozpoznawaniu duchów i w badaniu daru proroctwa.

Po trzech latach zaangażowania w „błogosławieństwo z Toronto” nasze zgromadzenie Vineyard w Scarborough (we wschodnim Toronto) uległo niemal całkowitemu rozkładowi. Pożeraliśmy siebie nawzajem przez plotki, intrygi, podziały, sekciarskie krytykanctwo. Po trzech latach modlitwy „nasiąkania” i modlitwy wstawienniczej, drgawek, śmiechu, krzyku, posługiwania w grupie modlitewnej TACF, prowadzenia nabożeństw w TACF, głoszenia kazań w TACF, spędzania całego swojego czasu w TACF – byliśmy wciąż najbardziej cielesnymi, niedojrzałymi i zagubionymi chrześcijanami, jakich znałem. W 1997 roku powiedziałem znajomemu, który był głównym pastorem zboru Vineyard (Winnica) w Scarborough, że nasza wspólnota praktycznie rozpadła się, odkąd zaczęliśmy się zajmować „błogosławieństwem z Toronto”. Zgodził się ze mną!

Z mojego doświadczenia wynika, że dary duchowe wymienione w rozdziale 12 Pierwszego Listu do Koryntian ujawniały się w naszym zborze dużo częściej przed styczniem 1994 roku, kiedy to zawitało do nas „błogosławieństwo z Toronto”, niż później, w okresie rzekomego nawiedzenia przez Ducha Świętego. W latach 1992-1993, podczas modlitwy wstawienniczej doświadczaliśmy autentycznego – w moim przekonaniu – daru proroctwa, uwolnień i wielu łask Pańskich. Odkąd pojawiło się „błogosławieństwo z Toronto”, czas posługiwania zmienił się diametralnie. Naszą jedyną modlitwą było „Jeszcze, Panie, JESZCZE”, okrzyki „Ogień!”, drgawki całego ciała i jęki „och, ooch, OOOOCH”. Nie żartuję!

Dwudziestego stycznia 1994 roku jakieś 15 osób z naszego zboru wybrało się do ośrodka Vineyard przy porcie lotniczym w Toronto, aby posłuchać Randy’ego Clarka, pastora zboru Vineyard ze Stanów Zjednoczonych. John Arnott zadzwonił do naszego głównego pastora z zaproszeniem. Powiedział, że Randy był na spotkaniu z Rodneyem Howardem Brownem i że w ciągu kilku następnych tygodni w jego zborze zaczęły się dziać wielkie rzeczy. John miał nadzieję, że u nas też może się zacząć dziać coś wielkiego. Pojechaliśmy tam ochoczo. Nasz zbór stanowił odrośl grupy z lotniska, od której odłączyliśmy się w 1992 roku. W tym czasie w Toronto były ogółem trzy ośrodki Vineyard: jeden w centrum miasta, Scarborough we wschodniej części i macierzysty zbór na lotnisku w Toronto. Stanowiliśmy jedną wielką szczęśliwą rodzinę. Poszczególne grupy były niezbyt liczne, więc konferencje, spotkania nadzwyczajne itp. urządzaliśmy razem.

Rok wcześniej większość naszych liderów udała się wspólnie do Nikaragui na krótką wyprawę misyjną. Byliśmy pełni wzajemnej miłości i braterstwa. Odkąd opuściłem Vineyard, czytałem sporo krytycznych analiz, z których część utrzymywała, że „błogosławieństwo z Toronto” stanowiło zmowę w celu wpędzenia Ciała Chrystusa w herezję. Sądzę, że rzeczywiście mogło ono skutkować herezją i apostazją, ale nie było to niczyim świadomym celem. Jestem przekonany, że przywódcy zborów Vineyard są prawdziwymi narodzonymi na nowo chrześcijanami, którzy kochają Pana, ale ulegli zwiedzeniu. Kochali Go nie dość mocno, aby zachowywać Jego przykazania. Nie byli posłuszni Pismu i zeszli na manowce wskutek pragnienia czegoś większego, wspanialszego, bardziej podniecającego i dynamicznego. Ja także jestem winien tego grzechu. Głosiłem odnowę w Korei, w Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych i tu, w Kanadzie. Teraz naprawdę się nawróciłem i opisując tę historię, chcę prosić Ciebie, Oblubienico i Ciało Chrystusa, o przebaczenie. A zwłaszcza chcę prosić o przebaczenie chrześcijan charyzmatycznych i pentekostalnych, bo to oni są mi teologicznie najbliżsi. Jestem i zawsze byłem chrześcijaninem ewangelikalnym, ale nie wierzę w ustanie darów duchowych z końcem czasów apostolskich. Uważam, że to właśnie moje ewangelikalne korzenie (pochodzę z rodziny baptystów, a narodziłem się na nowo w kościele prezbiteriańskim) pozwoliły mi dostrzec problemy z tak zwaną odnową. Jak mogłem być tak ślepy? Śmiałem się z ludzi zachowujących się jak psy i udających, że oddają mocz na kolumny budynku TACF. Patrzyłem, jak naśladują zwierzęta, warczą, ryczą, gdaczą, usiłują fruwać na wyimaginowanych skrzydłach, zachowują się jak pijani, śpiewają głupie piosenki. Jak mogłem myśleć, że cokolwiek z tego pochodzi od świętego Ducha Bożego! Było to hałaśliwe, pozbawione szacunku i bluźniercze wobec świętego Boga Biblii. Ale wtedy myślałem, że dopóki nie naucza się niczego wprost sprzecznego z Pismem, takie zachowania można określić w najgorszym razie jako „egzotyczne”. To takie modne słówko, którym nazywaliśmy znaki niedające się usprawiedliwić z biblijnego punktu widzenia. Powiedziano mi z ambony, że mamy tylko dwie możliwości: porządek przedszkola, pełen życia i bałaganu – albo porządek cmentarza, bardzo uporządkowany, ale martwy. Jako młody, niedojrzały pastor wybierałem życie i bałagan. Zapomniałem, że Bóg chce, abyśmy dojrzewali i wzrastali w Nim. Czułem się zażenowany, słysząc proroctwa, szczególnie proroctwa Carol Arnott, która opowiadając o swoim „doświadczeniu oblubienicy”, kiedy to znalazła się w bezpośredniej obecności Jezusa i poczuła Jego miłość, powiedziała, że było to lepsze niż seks! Byłem zaszokowany i zastanawiałem się w duchu, jak można porównywać miłość Bożą z seksem. Kiedy podejrzewaliśmy, że na naszych nabożeństwach szaleją demony, John Arnott pouczał nas, żebyśmy pytali, czy przychodzą, czy odchodzą. Jeśli odchodzą, to wszystko jest w porządku! John bronił chaosu, mówiąc, że nie powinniśmy się obawiać zwiedzenia: skoro prosiliśmy Ducha Świętego, aby przyszedł i nas napełnił, to jak mógłby przyjść szatan i nas oszukać? To by znaczyło, że szatan jest potężny, a Bóg słabiutki! Twierdził, że musimy wierzyć mocniej w wielkiego Boga, który nas chroni, niż w wielkiego diabła, który nas mami. Brzmiało to bardzo przekonująco, ale było zupełnie sprzeczne z Pismem, jako że Jezus, św. Paweł, św. Piotr i św. Jan – wszyscy ostrzegają nas przed potęgą duchów zwodniczych, szczególnie w czasach ostatecznych. Znów za mało kochaliśmy Boga, żeby wypełniać Jego słowo, i w rezultacie otworzyliśmy się na działanie ducha kłamstwa. Niech Bóg zmiłuje się nad nami!

Przejrzałem na oczy, kiedy pewnego wieczora, „pijany Duchem”, turlałem się po podłodze. Zacząłem śpiewać i nagle przypomniała mi się dziecięca rymowanka: „Mary miała małą owieczkę, jej runo było białe jak śnieg”. Zaśpiewałem ją szyderczo i natychmiast poznałem w sercu, że to był demon. W tej samej chwili uczyniłem akt skruchy, całkiem wstrząśnięty. W jaki sposób demon znalazł do mnie dostęp? Czyż nie kochałem Boga? Czy nie byłem gorliwy w sprawach Bożych? Czy nie miałem bzika na punkcie Jezusa? Wiedziałem, że przeze mnie właśnie objawił się duch nieczysty i że jestem winien wielkiego grzechu. Po tym doświadczeniu trzymałem się z dala od TACF. Już nigdy tam nie wróciłem. Nie byłem przekonany, że należy odrzucić całe to doświadczenie, ale uważałem, że nie obchodziliśmy się z owym „błogosławieństwem” we właściwy sposób.

Nawet kiedy przestałem chodzić do TACF, miałem do czynienia z jego skutkami. Na przykład kiedyś nasi ludzie wrócili ze spotkania i zapytali, czy wszyscy otrzymaliśmy złoty miecz Pana. Spytałem, o czym właściwie mówią, sądząc, że to jakieś prorocze odniesienie do Pisma Świętego, ale oni odpowiedzieli: nie, to nie chodzi o Biblię, ale o niewidzialny złoty miecz, który mogą otrzymać tylko czyści. Kto go weźmie w nieprawy sposób, tego Pan zabije. Ale kto jest wystarczająco święty, aby otrzymać ten miecz, ten może nim władać, a będzie uzdrawiał AIDS, raka itp., i będzie niósł zbawienie. „Władanie” mieczem polegało na udawaniu, że dzierży się w ręku tę niewidzialną broń, i wykonywaniu takich ruchów, jakby uderzało się nim inne osoby podczas modlitwy! Nawet wtedy, chociaż sam jeszcze byłem zwiedziony, uznałem, że TACF zmieniło się w dom wariatów! Miecz jako pierwsza otrzymała rzekomo Carol Arnott, a potem przekazywała go innym, wystarczająco świętym, aby go otrzymać. Była też sprawa złotych plomb w zębach. Niektórzy członkowie naszego zboru zaglądali sobie nawzajem do ust, wypatrując złotych plomb, które Bóg umieścił tam, aby okazać im swoją miłość! Przez cały czas, jaki tam spędziłem, raz tylko usłyszałem, żeby ktoś głosił nawrócenie. Był to Jackie Pullinger, gość z Hongkongu, a jego słowa upadły między nas jak kamień. Nie przyszliśmy się tam nawracać, przyszliśmy świętować w Panu! Po roku trwania „błogosławieństwa” odezwałem się na spotkaniu pastorów: „Popatrzcie: mamy drgawki, jazgoczemy, turlamy się, śmiejemy, płaczemy i kupujemy koszulki. Ale nie widać u nas duchowego ożywienia, zbawienia, nie widać owoców, nie wzrasta nasza działalność ewangelizacyjna – więc gdzie tu sens?”. Zostałem porządnie skarcony. Jak śmiałem oczekiwać owoców, kiedy Pan uzdrawiał swój poraniony lud? Za długo byliśmy legalistami i Bóg teraz potrzebował czasu, aby przywrócić nam zdrowie i wyzwolić spod prawa. Powiedziano mi, abym nie popędzał Pana, a żniwo nadejdzie we właściwym czasie.

Wiedziałem, że coś tu jest nie tak, bo przecież Jezus nakazał nam iść na cały świat i czynić uczniów! Nie mówił, że każdy ma wziąć sobie wolne na nie wiadomo jak długo, podczas gdy Bóg zrobi z nami jakąś dziwną nową rzecz! Ostatecznie odszedłem w związku z kontrowersją dotyczącą wyświęcania kobiet. Osobiście na podstawie Pisma wierzę, że kobiety nie powinny być pastorami ani starszymi lokalnego zboru. Mogę się w tej sprawie mylić – jest to temat wielkiej debaty we współczesnym Kościele – ale takie jest moje przekonanie, a w Vineyard zaczęto wyświęcać żony pastorów, aby posługiwały wraz z mężami. Oczywiście popieram zaangażowanie kobiet w służbę Bożą, ale uważam, że funkcja pastora czy starszego zboru winna być zarezerwowana dla mężczyzn. Nie ja napisałem Pismo Święte, ale z Bożą pomocą wystarczy mi łaski, aby być mu posłusznym.

Taka jest moja historia. Mógłbym kontynuować długo, dokumentując całą przesadę, szaleństwo, grzech i nauczanie o królestwie dni ostatnich, gdzie przejawia się prorocki aspekt „błogosławieństwa”, ale inni już to zrobili. Śpiewaliśmy o armii Joela i przebudzeniu dla miliarda dusz, jakby to było jedno z Dziesięciu przykazań i jakby zawsze było tuż-tuż: za miesiąc, za rok… Jezus pytał: „Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. A gdyby nie przyszedł, nikt by nie ocalał – ale ze względu na swoich wybranych powróci. To nie ma nic wspólnego z dominionizmem[1], którego naucza się w proroczym ruchu walki duchowej w Vineyard. Oni chyba naprawdę myślą, że uda im się podbić cały świat! Jeszcze będąc w Vineyard, przyjąłem jako dewizę werset z apostoła Pawła mówiący, aby nie wykraczać ponad to, co zostało napisane.

Na zakończenie chciałbym po prostu przeprosić za szkodę, jaką osobiście wyrządziłem, nauczając rzeczy niezgodnych z Pismem Świętym. Wyrażam skruchę przed ludźmi, jak już to uczyniłem przed Bogiem. Nie usprawiedliwiam swojego zwiedzenia. Nie dołożyłem starań, by wszystko badać, mimo że Biblia jasno to nakazuje. Każdy, kto widział, jak cała sprawa się zaczęła, wie, że opisałem ją wiernie – co najwyżej może ją inaczej oceniać, zwłaszcza jeśli sam wciąż głosi „rzekę błogosławieństwa”[2].

Tym, którzy tkwią w tej „rzece”, mówię: niech czym prędzej z niej wyjdą, bo w głębinach czai się coś, co może ich boleśnie pogryźć! Kocham ludzi z TACF i ruchu Vineyard, ale sądzę, że wszyscy mamy z czego się tłumaczyć. Oby Pan otworzył im oczy jak najprędzej. Podejrzewam, że gdy ten list ukaże się w Internecie, zaczną mnie bombardować e-maile z obydwu obozów: niektórzy będą mnie wyklinać za to, że nadal wierzę w posługę Ducha Świętego i podlegam zwiedzeniu, podczas gdy dawni przyjaciele potępią mnie za wyciąganie brudów i niechęć do pomazańców Bożych! Bóg zna moje serce i swoją łaską doprowadzi mnie do prawdy, bo chcę znać tylko Chrystusa, i to Ukrzyżowanego! Jeśli sądzicie, że pozostaję w błędzie i grzechu, módlcie się, aby Pan mi wybaczył i oświecił mnie. Będę studiował słowo, abym okazał się wypróbowanym robotnikiem! Wzywam wszystkich, którzy to czytają: módlcie się, aby Pan otworzył oczy wszystkim zaangażowanym w to oszustwo. Przywódcy czy zwykli wierzący – wszyscy są kochani przez miłosiernego Boga. On powiedział, że jest wierny i sprawiedliwy i że jeśli tylko wyznajemy nasze grzechy, On odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jesteśmy jak kościół w Laodycei: uważamy się za bogatych, którym nic nie potrzeba, a nie zdajemy sobie sprawy, że w rzeczywistości jesteśmy nędzni, godni pożałowania, biedni, ślepi i nadzy. Musimy przyjąć radę Jezusa i kupić złoto wypróbowane w ogniu, którym jest Jego cierpienie, a nie zwodniczy duch!, białe szaty dla okrycia naszej haniebnej nagości i balsam do namaszczenia oczu, abyśmy mogli przejrzeć. Jezus wzywa nas do nawrócenia i dziękczynienia Panu za to, że jest. To doprowadzi nas do odnowienia relacji z Ojcem. Jeżeli Bóg przebaczył mi i otworzył mi oczy, może uczynić to samo dla innych, którzy zostali zwiedzeni. Na koniec przypomnę ostrzeżenie św. Pawła: komu się zdaje, że stoi, niech baczy, aby nie upadł.

Z poważaniem,
Paul Gowdy

tłum. Katarzyna Dymara
za: The Toronto Deception
Tekst tłumaczony i zamieszczony za zgodą Discernment-Ministries Inc.


Zachęcamy naszych Czytelników do gorącej debaty na ten i podobne tematy na naszym Forum apologetycznym.


 

Serwis Apologetyczny: katolickie spojrzenie na wiare
http://apologetyka.katolik.pl

pills-impotence.com superforse.com